W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies. Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies.
X

Piece of cake

Jesteś w: Przepisy kulinarne / Gazetka / Z dziękczynieniem koniec! (oraz o dyniowej katastrofie)

Menu


Wasze komentarze

Ciekawostki i specjały kulinarne wprost do Twojej skrzynki. Podaj adres e-mail:


Partner

Dodaj Gazetkę do Google


Wieczorna gazetka kuchenna


Z dziękczynieniem koniec! (oraz o dyniowej katastrofie)

Powinnam się dzisiaj zająć tegorocznym Beaujolais Nouveau, ale właśnie zaczęło się finałowe odliczanie ostatnich chwil życia milionów Bogu ducha winnych indyków oraz kombinowanie, komu i za co w epoce Credit Crush’u podziękować.

 
            Ostatni raz zajmuję się Świętem Dziękczynienia. Po pierwsze, doszliśmy wreszcie w amerykańskiej uczcie do deserów, a jak wiadomo „deser wieńczy dzieło”. Po drugie, moja droga Mamusia zaczęła narzekać, że jak ja się przypnę do jakiegoś tematu, to ciągnąć będę ad mortem defecatum, a wszystkim się temat amerykański dawno już znudził, a szczególnie jej samej. Po trzecie, w ostatnią niedzielę byłam na wielkim międzynarodowym bazarze i miałam wątpliwą przyjemność spróbować (bo zjeść się nie dało) kilku wytworów amerykańskiej kuchni w wykonaniu wojskowych żon – mam więc chwilowy uraz do kuchni tego kraju. Po czwarte, właśnie zaczęło się finałowe odliczanie ostatnich chwil życia milionów Bogu ducha winnych indyków oraz kombinowanie, komu i za co w epoce Credit Crush’u podziękować. Wypada zatem kończyć. A zatem do rzeczy.
            Najbardziej celebrowany ze wszystkich dziękczynnych deserów to oczywiście tarta dyniowa, czyli pumpkin pie, specyfik obecny wyłącznie w kulturze amerykańskiej. Przez lata byłam przekonana, że są to kawałki dyni położone na kruchym cieście i zapieczone, ewentualnie posypane cukrem. Przyznam, że taki deser jakoś mnie nie pociągał, acz rabiam co jakiś czas podobny placek z dynią, tyle że na słono, z fetą i czymś ostrym. Po jakimś czasie wpadł mi w ręce Thanksgivingowy numer amerykańskiego czasopisma kulinarnego, z którego niezbicie wynikało, że myliłam się i pumpkin pie to krucha foremka wypełniona gładką masą z dyni, cukru, jajek, śmietany i rozmaitych przypraw. Potem zaś amerykańska znajoma poczęstowała mnie czymś takim i okazało się, że jest to bardzo dobre, coś jakby krem piernikowy w kruchym cieście.
Na drugim miejscu w rankingu dziękczynnym stoi tarta z syropem i orzechami pekanowymi (pecan pie), a potem paj jabłkowy. Na Południu jada się kruche ciasto ze słodkimi ziemniakami, gdzieniegdzie można spotkać też relikt przeszłości, czyli mincemeat pie. Mincemeat (adekwatnego polskiego odpowiednika brak) to wynalazek brytyjski, a składa się on z potwornej ilości suszonych owoców ze znaczną przewagą rozmaitych form rodzynek, tartych jabłek, cukru, korzeni, sporej ilości brandy i tartego łoju wołowego. Niegdyś dodawano także mieloną surową wołowinę, stąd nazwa. Wszystko to miesza się na surowo, zostawia na parę tygodni do zmacerowania, a potem wykorzystuje w rozmaitych deserach (vide słynne brytyjskie bożonarodzeniowe mince pies w formie małych babeczek).
            Na stołach pierwszych osadników nie było żadnych pajów. Brakowało mąki, odpowiedniego tłuszczu, mleka, śmietany, cukru, bakalii, a nawet porządnych jabłek. Jedyne, co ci biedacy mogli zjeść na deser, to kleik kukurydziany dosłodzony miodem lub syropem klonowym (potrawa ta, nieco ulepszona, przetrwała do naszych czasów pod jakże oryginalną nazwą Indian pudding). Dopiero jakiś czas potem, w miarę industrializacji i rozwoju handlu, udało się Amerykanom dochrapać własnych deserów i jednym z pierwszych i najbardziej oryginalnych był właśnie paj z dynią. Powstał on w Nowej Anglii i był mariażem brytyjskiej tradycji pieczenia kruchego ciasta nadzianego kremem z jajek, mleka i cukru z amerykańskimi kulinarnymi realiami. Zamiast cukru dodawano więc melasę (ponoć była tak ważnym produktem, że przesuwano datę Święta, jeśli transport się opóźniał), a dynia służyła jako wypełniacz, zastępujący niedostatek jajek, mleka i śmietany.
            Przepis na pumpkin pie można znaleźć w każdej amerykańskiej książce kucharskiej i zazwyczaj będzie on udany (byle nie przypalić). A na nasz dzisiejszy deser proponuję ciasto dyniowe, które ze Świętem Dziękczynienia nie ma nic wspólnego, jest za to bardzo dobrym sposób na wykorzystanie ostatnich już jesiennych dyń. Muszę wyznać, nie chwaląc się, że z czterech halloweenowych deserów to ciasto znikło, jak sen jaki złoty, do ostatniej okruszynki:
Potrzeba nam będzie 1 i ¾ szklanki dobrze osączonego piure z dyni o żółto-pomarańczowym kolorycie. W tym celu należy kawałek takiej dyni upiec lub ugotować na parze, po czym zmiksować i osączyć. Najłatwiej to osiągnąć zamrażając a potem rozmrażając dyniowe piure. Przy rozmrażaniu zbędna woda oddzieli się od dyni właściwej i po prostu należy ją odlać. Teraz miksujemy dynię z dwiema szklankami cukru i szklanką oleju. Dodajemy cztery całe, lekko ubite jajka. Mieszamy razem dwie szklanki mąki i dwie łyżeczki sody, jak również łyżeczkę cynamonu i pół łyżeczki soli. Wsypujemy do dyniowej mieszaniny i miksujemy na gładką masę. Wlewamy do dwu standardowo przygotowanych tortownic o średnicy 22 cm i pieczemy w temperaturze 180 stopni. Szczerze mówiąc, nie mam aż dwu tortownic, piekłam więc placki jeden po drugim. A pieką się około pół godziny każdy, dobrze jednak sprawdzić patyczkiem. Studzimy na kratce. Teraz krem: 15 dkg kremowego serka (w miejscowych warunkach używam Filadelfii, ale może być jakikolwiek rodzimy, byle smaczny i świeży), 5 łyżek miękkiego masła i łyżeczkę wanilii ubijamy mikserem na puszystą masę. Nie przerywając ubijania dodajemy stopniowo półtorej szklanki cukru pudru – tu uwaga: w amerykańskim przepisie cukru jest jeszcze więcej, ale należy po prostu poziom słodyczy dostosować do własnych upodobań. Jeśli krem jest za gęsty, można rozrzedzić go odrobiną mleka (osobiście rozrzedzałam za pomocą kokosowego likieru Malibu, ale to już kwestia inwencji i preferencji). Zimne placki przełożyć kremem i posmarować z wierzchu. Posypać, czym serce dyktuje: orzechami, przyrumienionymi wiórkami kokosowymi, migdałami...
Przepis na to ciasto podałam drogą pozagazetkową jednej z Drogich Czytelniczek (obiecałam, że nie wymienię jej imienia). I otóż ciasto kompletnie się nie udało, powstał ciężki i mokry dyniowy zakalec w dwu częściach. Czytelniczka Droga rozpaczliwie pytała, co też narozrabiała i co ona może z nieszczęsnym teraz zrobić. Co narozrabiała, to nie wiem tak dokładnie. Zeznała, że zamiast sody dodała proszek do pieczenia, co na pewno miało wpływ na strukturę i konsystencję placków. Tu dodatkowa uwaga dla zdecydowanych przeciwników sody oczyszczonej – ja też nie lubię, ale w tym cieście w ogóle się jej nie czuje, znika jakoś w cynamonie. Wracając do błędów Drogiej Czytelniczki – mogła też niedostatecznie osączyć dyniowe piure, mogła piec za krótko lub w zbyt niskiej temperaturze, mogła za długo mieszać ciasto w stanie surowym (ciasta z dodatkiem sody powinno się tylko wymieszać lub zmiksować, a nie ucierać z benedyktyńską cierpliwością), mogła wreszcie sama już nie wiem co! Czytelniczka owa, acz nieco roztargniona, głupia nie jest i postanowiła coś z zakalcem zrobić. I tu wykazała się pomysłowością, bowiem pokroiła ciasto na kawałki, usmażyła je na maśle i polała śmietaną. Podobno było to bardzo smaczne, w co chętnie wierzę.
A na naprawdę znakomity paj z orzechami pekanowymi zabrakło mi już miejsca (ale przepis jest: Pecan pie, czyli ciasto z orzechami pekanowymi). Pogadamy więc o nim w przyszłym roku, kiedy to Amerykanom znów po nocach będzie się śnił indyk, a moja Mamusia zapomni, że dziękczynnego tematu ma już po dziurki w nosie.
 



Podziel się linkiem: