Wyznałam w zeszłym tygodniu, że wrzesień jest dla mnie miesiącem postanowień, czasem rozliczania błędów popełnionych w miesiącach minionych, okresem intensywnego planowania ulepszeń i usprawnień życiowych. Dlaczego akurat wrzesień?
Może jest to spowodowane rozpoczęciem roku szkolnego i koniecznością opracowania skomplikowanego grafiku zajęć pozaszkolnych Dzieci oraz własnej aktywności… Może raczej zakończeniem wakacji, wprowadzających wszak w nasze życie element chaosu i nieprzewidywalności, podczas gdy wrzesień oczekuje od nas uporządkowania wszystkich spraw... Może dlatego, że jesień jest dla mnie najmilszą i najbardziej inspirująca porą roku… Może zaś dlatego, że w czasie wakacji dużo podróżujemy samochodem i kiedy już wypilotuję Męża na prostą i oczywistą drogę autostrady, mam dużo czasu na myślenie… Nie wiem, mam jednak pewną koncepcję: otóż najwyraźniej drzemią we mnie jakieś behawioralne atawizmy, gdyż właśnie we wrześniu swój Nowy Rok świętują Żydzi! Rosz ha-Szana jest dniem, w którym raczej nie organizuje się wystawnych balów, a zamiast odpalać tony fajerwerków, Żydzi wolą pogrążyć się w refleksji nad minionym rokiem, zastanawiają się nad swymi relacjami z Bogiem i bliźnimi, planują rok kolejny i generalnie z ufnością i nadzieją spoglądają w przyszłość. I właśnie podobnie czynię ja!
Wśród mych tegorocznych Chwalebnych Postanowień na czoło wysuwa się OSZCZĘDZANIE. Nie wzdychajcie! Nie klikajcie gdzie indziej! Nie będzie morałów! Nie chodzi mi przecież o łatanie nieuchronnej wyrwy w powakacyjnym domowym budżecie, zwanej u nas „wyrwą słoiczkową” (mam oto do słoiczków wyjątkową słabość i na wakacjach można mi wcisnąć każdą pastę oliwkową, każde smarowidło z anchois czy karczochów, każdy miód czy musztardę, byle w szklanym pojemniku z nakrętką… Każdy wyjazd, czy to rodzimy, czy zagraniczny kończy się upychaniem po różnych samochodowych zakamarkach niezliczonych szklanych opakowań). Tym razem jednak przyczyna mego Szlachetnego Postanowienia jest inna: przeczytałam mianowicie w „Wysokich Obcasach” artykuł o amerykańskiej modzie na „miesiąc bez karty kredytowej”. Mówiąc w skrócie – przez cztery tygodnie stara się człowiek wydać jak najmniej pieniędzy na podstawowe potrzeby, najlepiej określając z góry tygodniowe kwoty i płacąc gotówką, gdyż – jak powszechnie wiadomo – przy płaceniu kartą hamulce wydatkowe są słabsze. Z pewnych rzeczy nie da się, rzecz jasna, zrezygnować – wydatki na zdrowie, rachunki, raty kredytowe muszą być regulowane na bieżąco, nie będziemy też odwoływać rozmaitych subskrypcji i stałych zamówień. Trudno także zmuszać dziecko, żeby chodziło w dziurawych adidasach, bądź pisało w szkole cieknącym piórem. Przez ten miesiąc nie chodzi się jednak do knajp, po zakupy jeździ na rowerze (żeby niepotrzebnie nie palić benzyny), do pracy bierze kanapkę i zużywa jak najwięcej jadalnych produktów zgromadzonych w zamrażarce i spiżarni. I tu właśnie jest pies pogrzebany… Oszczędzę Wam wyliczania wszystkich rodzajów mąki, jakie mam w domu, grunt, że jest tego z dziesięć kilo. W garażu z trudem mieści się samochód, bowiem każdy wolny metr zastawiony jest przetworami – dżemami, konfiturami, przecierami, marynatami. O słoiczkach z atrakcyjną wakacyjną zawartością już wspomniałam, możecie sobie wyobrazić ich ilość… A puszki? Z pomidorami, kukurydzą, groszkiem, rybkami w oleju, krabami, pasztetami, confit z kaczki (byliśmy wszak na południu Francji), mulami w escabeche i kałamarnicą we własnym atramencie (zahaczyliśmy też o Hiszpanię). A jeszcze moje ulubione kolekcje: miody, musztardy i ostre sosy… Plus oczywiście normalna zawartość spiżarni każdej lubiącej gotować istoty: kilka rodzajów ryżu, parę kilo makaronu w różnych kształtach, kuskus, bulgur i quinoa, kasze: gryczana, perłowa, krakowska, pęczak, jaglana, kukurydziana, manna… Płatki owsiane i jęczmienne. Polenta zwykła, gryczana i truflowa (tak!). Syrop kukurydziany, „Golden Syrup” i melasa. Kiedy doliczyłam się siedmiu rodzajów cukru, stwierdziłam, że „miesiąc bez karty” jest nam naprawdę potrzebny – i tak zaczęłam regularnie piec chleb, focaccię, ciabattę oraz bułeczki i na razie wszyscy są zadowoleni z rezultatów. Dzieci (wdrożone do planu oszczędności) przypomniały sobie, że bardzo lubią chleb z oliwą – masło się skończyło, ale oliwy mam w domu z pięć litrów. Przy okazji stwierdziły, że miód jest całkiem-całkiem (kilkanaście słoików, każdy inny), a oprócz ukochanego dżemu truskawkowego Babci Ani da się zjeść także dżem morelowy oraz galaretkę z winogron (spory zapas, z działkowych owoców). Jeśli pojawia się zapotrzebowanie na deser, robimy kisiel, galaretkę albo budyń (z przywiezionych z Polski torebek) lub pieczemy ciasteczka (w domu było kilka rodzajów czekolady). Zamiast kupowania kolejnych soków, robimy owocowe herbatki i słodzimy miodem – nawet Mąż-Tradycjonalista uznał, że słodzenie kawy i herbaty brązowym cukrem (biały szybko się skończył) w żaden sposób nie narusza jego wolności osobistej. Do zużywania zapasów z zamrażarki jeszcze żeśmy nie doszli, ale nasz „miesiąc bez karty” dopiero się zaczął. Kiedy się skończy, nie omieszkam podzielić się wrażeniami i tak zwaną refleksją. A jaka będzie potem przyjemność z odkupywania tych zużytych dóbr!
No i już reszta moich Doniosłych Postanowień się nie zmieści, wspomnę tylko, że zamierzam również, notabene jak co roku, poważnie wziąć się za WYCHOWANIE DZIECI – stwierdziłam bowiem, że mam dosyć samodzielnego wykonywania różnych czynności domowych, takich jak cykl „dzielenie prania na kolory-pranie-rozwieszanie-zbieranie-prasowanie-rozkładanie” lub recykling (wymagający u nas ciągłego biegania po schodach do garażu, służącego za składzik), znudziło mi się też ładowanie i rozładowywanie zmywarki kilka razy dziennie oraz domywanie tego, czemu zmywarka nie dała rady. Chętnie też, powiedzmy w weekend, zjadłabym coś, czego nie ugotowałam sama, a że konsekwentnie wdrażam Postanowienie Numer Jeden, knajpowe jedzenie odpada. Ustalenie zakresu obowiązków napotkało jednak pewne trudności i całą sprawę będę musiała dokładnie przemyśleć pod kątem technicznym oraz zastosowania odpowiednich środków przymusu i represji. Na razie udało mi się rozwiązać jedynie sprawę zmywarki…
Trudności napotyka także Postanowienie Numer Trzy, czyli CODZIENNE ZAŻYWANIE RUCHU. Wymyślanie posiłków z tego, co znajdę w domu (nawet przy moich zapasach) jest jednak wyczerpujące intelektualnie, zaś realizacja tego, co wymyślę, zabiera sporo czasu - i na długi spacer z psem, bądź rundkę truchtem dokoła miasteczka już nie mam ochoty. A przydałoby się porządnie poruszać, bo domowe pieczywo jest doprawdy bardzo kuszące…
Żeby zaś zgrabnie zamknąć dzisiejszą Gazetkę, jeszcze mały przepisik, konkretnie na cymes z marchewki z miodem, tradycyjne danie żydowskie na święto Rosz ha-Szana: pół kilo zgrabnych marchewek obieramy i kroimy w talarki symbolizujące złote pieniążki, zawsze przydatne w nowym roku… W garnku rozgrzewamy łyżkę oliwy, wrzucamy marchewkę i chwilę obsmażamy, mieszając. Dodajemy trzy łyżki jasnego miodu, sok z połowy pomarańczy, sól i pieprz do smaku oraz garść jasnych rodzynek (rodzynków). Dla zaostrzenia smaku dodajemy trochę mielonego imbiru. Dolewamy kilka łyżek wody i zagotowujemy, po czym zmniejszamy ogień, garnek przykrywamy i dusimy marchewkę do miękkości. Tu uwaga – jeśli nie prowadzimy kuchni koszernej (bądź nie będziemy cymesu podawać z mięsem), do obsmażania marchewki najlepiej użyć masła, które świetnie współgra smakowo z tym warzywem.
Na deser zaś – nadal zgodnie z żydowską tradycją – zjedzmy jabłka maczane w miodzie, symbol różnych smaków ziemskiego istnienia.
Dobrego, słodkiego życia (jak mawiają w Nowy Rok Żydzi)
życzy
pełna dobrych chęci Natalka
Nie zmęczę Was dzisiaj nadmiernie, choć tematów przez ostatnie dwa miesiące zebrało się wiele (rozmaite kulinarne przygody w Najukochańszej Ojczyźnie, tydzień w bardzo interesującej kuchennie Owernii oraz tydzień drugi, tym razem owocowo-morski, na pograniczu francusko-hiszpańskim) więcej...
Miałam – zgodnie z zapowiedziami – „kontynuować dalej”, jak powszechnie mawia się w mediach wszelkiej proweniencji, temat grillowania, tym razem na sposób amerykański, czyli w wymuszonym obiegu gorącego powietrza pod pokrywą. Ale moja własna Mamusia stwierdziła, że nieco już przynudzam (zawsze tak mówi, kiedy jakiś temat urasta do więcej niż dwu odcinków), i że może już dosyć tych wszystkich kotletów, sosów i kiełbasek... więcej...
Jeśli (jak ja) jesteście uzależnieni od czytania pism kulinarnych z kręgu kultury anglosaskiej, to nie ma siły – w czerwcu i lipcu obejrzycie więcej kuszących zdjęć dymiących węgli, skwierczących kiełbasek, ćwierćkilowych hamburgerów, rumianych steków i glazurowanych skrzydełek kurczaka, niż podsuwałaby Wam rozbuchana wyobraźnia nawet w okresie najsurowszego postu. więcej...
Dostałam od Przyjaciółki bardzo piękny fartuch kuchenny z napisem: Raw, burnt or cremated? (surowe, spalone czy spopielone). Nie trzeba długo myśleć, by zrozumieć kontekst, wystarczy parę skojarzeń płynących z wielokrotnie powtarzanych smutnych doświadczeń - tekst ów niewątpliwie dotyczy pasji grillowania, jaką my, Polacy, dzielimy z niektórymi innymi narodami. więcej...
Ile razy otwieraliśmy lodówkę w środku nocy, by z narastającą niecierpliwością penetrować jej rozczarowujące wnętrze? Bo przecież zanim powleczemy się do łóżka, zjedlibyśmy coś małego, najlepiej ciepłego, słonego lub ostrego, kalorycznego (no cóż), ale nie za bardzo tłustego z drugiej strony… więcej...
Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że mili właściciele restauracji nie tylko nakarmią tak dużą grupę o tak nietypowej porze, ale że i karta prezentuje się znacznie bardziej atrakcyjnie, niż wszystko to, co dotąd oferowało nam Nord-Pas de Calais. więcej...
To nie tajemniczy kod, to opowieść o wycieczce do krainy, w której mówi się szczególnym językiem Ch'ti, turystom podaje "le Welsh", choć czegoś takiego wśród tradycyjnych dań raczej się nie uświadczy - ale "potjevleesch" należy już najwyraźniej tylko do świata tradycji... więcej...
Motto: „Ciąg się flaku, bo nadepnę” (Filipinka, rubryka „Wejścia i odzywy”, lata 80. XX wieku) – motto nie ma żadnego sensu ani związku z treścią dzisiejszej Gazetki, jest jednak moim ulubionym powiedzonkiem z czasów młodości (wczesnej) więcej...
Pierwszą moją myślą po przeczytaniu tej książki było, że przez najbliższy miesiąc moja Rodzina będzie karmiona wyłącznie po wenecku. Oczywiście nie dałam rady – wprawdzie omlet z cukinią zyskał łagodną aprobatę, spaghetti z mulami zawsze jest w domu mile widziane, a klopsiki cielęce z szynką (pyszne!) „dały się zjeść”, to po tygodniu wcielania w życie weneckiego stylu życia, część Rodziny stanowczo zażądała kurczaczka z frytkami… więcej...
| « | Lipiec 2010 | » | ||||
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | |||
| 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 |
| 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 |
| 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 |
| 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | |