Jak umilić Rodzinie obiad, gdy nawet na widok surówki z cykorii dostajemy szczękościsku (z przejedzenia)? Gdy surowej marchewki nie są w stanie już zgryźć nawet Dzieci, gotowanej nikt w domu nie lubi, pory za bardzo smakują cebulą, a mrożony groszek właśnie się skończył?
Zima już się powoli kończy, ale wiosny jakoś nadal nie widać na horyzoncie (od rana prószy śnieżek)… Dla miłośniczki warzyw nastały ciężkie czasy – we wtorek przyjechały do mnie ekologiczne warzywka z jednego źródła, wczoraj odebrałam cotygodniową porcję z drugiego. W związku z tym mam pełną lodówkę marchewki, pasternaku (zachodnioeuropejskiego ekwiwalentu korzenia pietruszki), kapusty (czerwonej, włoskiej i brukselki) oraz jarmużu (błeee – Gucio zje). Do tego pęczek porów, dwa kalafiory, ogromna główka brokułów i seler. Mam dość! Na (zasadniczo lubiane przeze mnie) kapustne nie mogę już patrzeć nawet ja, a co dopiero Mąż z Dziećmi. Sałata sztucznie pędzona w szklarniach, rzodkiewki bez smaku, ogórki bez zapachu, jak również blade pomidory o wielomięsiecznej przydatności do spożycia nie nęciły nas nigdy i nęcić nie będą. Wszelkie składniki włoszczyzny trzeba coraz dłużej gotować, a i wtedy są trudne do przełknięcia – ziemiste marchewki, łykowate pory (choć z nimi to akurat jest najlepiej, ale ile można?!), włóknista pietruszka. Ogórki kiszone i kiszona kapusta z każdym dniem mijającej zimy tracą swój smak i kiedy widzę bladawe i smętne flaczki kiszonki, to z niechęcią odwracam wzrok, wszelka inwencja kulinarna odchodzi jak kochaś (czyli w siną dal), zaś pamięć podsuwa mi wspomnienia jesiennej, młodej kiszonej kapustki – kremowo-zielonej, pikantnej, słodko-słono-kwaśnej i pysznej...
Cóż więc zjemy w te ponure przednówkowe dni? Jak umilić Rodzinie obiad, gdy nawet na widok surówki z cykorii dostajemy szczękościsku (z przejedzenia)? Gdy surowej marchewki nie są w stanie już zgryźć nawet Dzieci, gotowanej nikt w domu nie lubi, pory za bardzo smakują cebulą, a mrożony groszek właśnie się skończył?
Jedynym wyjściem są warzywa, które w naszej części świata (no tak, mam europocentryczne podejście do geografii, choć wynika ono raczej z moich doświadczeń, niż twardych przekonań) nigdy nie są tak naprawdę w sezonie – co zwalnia nas z poczucia winy, że żyjemy w niezgodzie z porami roku. Warzywa, które są mało odporne na nasze przymrozki – jak słodkie ziemniaki (kumara) lub karczochy. Albo też takie, które w Polsce się nie zadomowiły – jak koper włoski (fenkuł) i topinambur. Oraz takie, które niegdyś jadano u nas z przyjemnością, a dziś mało kto o nich pamięta – na przykład boćwina (burak liściowy) albo skorzonera (oraz jej bliska kuzynka salsefia).
Słodkie ziemniaki pochodzą z Ameryki Południowej i są ponoć tak zdrowe – napakowane witaminami, składnikami odżywczymi i mikroelementami – że można na nich bez szkody dla zdrowia przeżyć całe życie (monotonne byłoby to życie, ale jednak). Są naprawdę smaczne – słodkie, ale jednocześnie żywe w smaku, nie zaklejające podniebienia. Wiedzą o tym Amerykanie, którzy już dawno temu uczynili ze słodkich ziemniaków bodaj najdźwięczniej brzmiący akcent uczty na Święto Dziękczynienia. Wprawdzie najulubieńszym daniem za Oceanem jest w ten dzień piure ze słodkich ziemniaków wymieszane z marshmallowsami, ale nie wymagajmy za wiele – wystarczy nie brać przykładu… Możemy natomiast zrobić meksykańską salsę - prościutki dodatek do wszelkich ostrych dań mięsnych, do tacos, burritos, enchiladas, fajitas, quesadillas i empanadas: ¾ kg słodkich ziemniaków płuczemy, obieramy ze skórki i kroimy w drobną, zgrabną kostkę. Wkładamy do garnka, zalewamy wrzątkiem, solimy i stawiamy na ogniu. Gotujemy 5-10 minut, aż kostki będą miękkie, ale nie zaczną się rozpadać (pilnujemy!). Gasimy ogień, odcedzamy ziemniaki z wody i stawiamy na gorącym jeszcze miejscu, żeby odparowały przez 5 minut. Przekładamy do miski i odstawiamy do wystygnięcia. W tym czasie wyciskamy sok z niedużej pomarańczy. Dodajemy łyżeczkę suszonych i pokruszonych papryczek chili oraz 4 umyte i posiekane cebulki dymki, mieszamy. Sosem polewamy ziemniaki, delikatnie mieszamy i wstawiamy do lodówki na godzinkę. Po tym czasie salsę doprawiamy do smaku solą i świeżo wyciśniętym sokiem z limetki i podajemy do grillowanego (na razie na patelni) mięsa lub do tacos, burritos, enchiladas, fajitas, quesadillas i empanadas...
Karczoch to jadalny kwiat o twardych i kłujących płatkach (krewny ostu), pochodzi z Sycylii i jest jednym z najbardziej lubianych przez Włochów (oraz przez mnie) warzyw. Wymaga pewnej praktyki w przygotowaniu – od dłuższego już czasu umawiam się ze Starszym Dzieckiem na nakręcenie edukacyjnego filmiku w tej sprawie, bowiem wyjaśnianie na piśmie całej dość żmudnej procedury chyba mnie przerasta... W najprostszej postaci ugotowane karczochy podaje się na talerzu wraz z miseczką topionego masła (z paroma kroplami cytryny) – oderwane listki macza się w maśle i zjada, odrzucając twardą część – to jest najulubieńszy sposób jedzenia karczochów przez moje Dzieci. Nagrodą za wytrwałość jest mięsisty spód, do którego docieramy po usunięciu niejadalnego włochatego środka. Z kolei małe karczochy, sprzedawane na targach w bukietach, możemy przerobić na karczochy po prowansalsku – przygotowujemy 16 małych karczochów (zwanych we Francji artichauts violets): bardzo ostrym nożem odcinamy czubek każdego karczocha o 3 cm. Odłamujemy listek po listku, aż pokażą się wewnętrzne, jasnozielone listki. Listki na czubku karczocha rozchylamy i łyżeczką do robienia kulek z melona wydłubujemy czerwonawy włochaty środek. Łodyżki przycinamy do 3 cm i obieramy z wierzchniej warstwy. Przygotowane karczochy wkładamy do wody zakwaszonej cytryną (bo inaczej strasznie ściemnieją). Siekamy razem 8 ząbków czosnku i pęczek natki. W rondlu rozgrzewamy 3 łyżki oliwy z oliwek, wkładamy karczochy i osmażamy ze wszystkich stron przez 10 minut. Teraz ustawiamy karczochy w rondlu łodyżkami do góry, solimy oraz (pardon) pieprzymy. Wlewamy kieliszek białego wytrawnego wina i tyle samo wody. Dodajemy czosnek z pietruszką i 3 gałązki świeżego tymianku. Przykrywamy i gotujemy na niedużym ogniu jakieś pól godziny do 40 minut, aż będą miękkie. Przekładamy karczochy na półmisek, a wywar gotujemy na dużym ogniu, mieszając, aż zredukuje się do mniej więcej 1/3 szklanki. Polewamy karczochy sosem i podajemy albo ciepłe, albo w pokojowej temperaturze.
Topinambur z kolei pochodzi z Ameryki Północnej. Przez Anglosasów zwany jest karczochem jerozolimskim (Jerusalem artichoke), choć ani z jednym, ani z drugim nie ma nic wspólnego – Jerozolima w nazwie jest wynikiem pomyłki językowej, zaś określenie „karczoch” związane jest ze smakiem, nie zaś z pochodzeniem. Sękate bulwy topinambura należy przed gotowaniem obrać, po czym natychmiast włożyć do wody zakwaszonej cytryną, bowiem nadzwyczaj szybko czernieją. Ludzie zasadniczo dzielą się na takich, którzy topinambury uwielbiają i takich, którzy ich nie znoszą. Póki jednak nie spróbujemy, nie będziemy mogli sobie wyrobić zdania. Ponoć w Badenii-Wirtembergii robi się z topinamburów alkohol, zwany Rossler. Hm, no nie wiem…
Znacznie bezpieczniej z topinamburów zrobić zupę, z kuchni anglosaskiej (a Brytyjczycy zdają się darzyć to warzywo wyjątkowym uczuciem): 400 g topinamburów obieramy, kroimy na plasterki i natychmiast wrzucamy do wody z dodatkiem soku z cytryny. Zostawiamy je w wodzie przez 5 minut, po czym odcedzamy i osuszamy ręcznikiem papierowym. 2 szalotki (lub jedną cebulę) obieramy i drobno siekamy. W dużym rondlu rozgrzewamy trochę oliwy i smażymy szalotki na małym ogniu przez 5 minut, aż zbieleją. Dodajemy plasterki topinamburów i smażymy kolejne 5 minut. Wlewamy do rondla kieliszek białego wytrawnego wina i czekamy, aż odparuje. Wlewamy litr rosołu z kury (zdejmujemy przedtem cały tłuszcz). Doprowadzamy wszystko do wrzenia, doprawiamy solą i pieprzem i gotujemy kwadrans, aż topinambury będą miękkie. Miksujemy zupę i przecieramy ją przez sitko. Przetartą wlewamy z powrotem do rondla i doprawiamy śmietanką do smaku. Znów podgrzewamy niemal do wrzenia, po czym podajemy z małymi grzaneczkami usmażonymi na maśle.
No i znowu się rozgadałam i nie wszystko się zmieściło! Za tydzień będzie zatem dokończenie – o boćwinie, skorzonerze i moim najukochańszym z tych wszystkich warzyw koprze włoskim.
Serdecznie pozdrawiam
spragniona witamin Natalka
Herbata, jaką podali nam do tych pyszności, smakowała dokładnie tak samo, jak ta, którą parzyła moja Mamusia, zanim nie przeszła na system elektrycznego czajnika - żadnych torebek, esencja herbaciana zaparzana w czajniczku ustawionym na dużym czajniku z gotującą się wodą. Brzmi absurdalnie w czasach Twinningsa i Liptona? więcej...
W szale zabaw karnawałowych (nie moich, niestety) nie udało mi się znaleźć odpowiedniej dawki spokoju, niezbędnej do napisania zwartego, interesującego i (daj Boże) dowcipnego tekstu. Mam nadzieję, że uda się następnym razem (choć pewnie nie za tydzień, nie mam bowiem jasności w temacie dostępu do internetu w stacji sportów zimowych, do której się udajemy), a tymczasem - dawno nie widziany na łamach Gazetki przepis! więcej...
Chciałabym opowiedzieć Wam o rozkoszach lokalnego żywienia, o przyjemności stawania się stałym bywalcem, o urokach spożywania posiłku wśród miejscowych staruszków (z całym szacunkiem, dla mnie określenie „staruszek” jest czuło-pieszczotliwe), o wspaniale funkcjonującym biznesie rodzinnym... A także o cudownej andaluzyjskiej mojamie. więcej...
Walczą we mnie dwa sprzeczne pragnienia: z jednej strony naturalną skłonnością osoby ciekawskiej i lubiącej wszystkie kuchnie świata jest chęć sprawdzenia jak największej ilości restauracji. Z drugiej jednak – miło jest być w knajpie rozpoznawaną, serdecznie witaną: „ Pani stolik pod oknem jest wolny…”, zaopatrywaną już na wstępie w ulubiony aperitif… Wymaga to jednak częstych wizyt... więcej...
Nowiutki (choć przykurzony), nie używany, oryginalny (choć nie przywiozłam go z Maroka), brązowy, wypalany i nie zdobiony niczym tażin stoi sobie u mnie na polskiej wsi i czeka na chwilę mojej odwagi. Bo prawda jest taka, że boję się, że pęknie. więcej...
(osoby szczególnie wrażliwe proszone są o zaopatrzenie się w odpowiednią ilość chusteczek) więcej...
Kochani! Może nieco wcześnie, ale nie mniej serdecznie, życzę Wam wszystkiego najlepszego z okazji najmilszych mi świąt, czyli Bożego Narodzenia, a także wesołego Nowego Roku! więcej...
Pisałam już niegdyś o musztardzie, no pewnie (O uzależnieniach, czyli musztarda po obiedzie) – w końcu mało co budzi we mnie tak wielkie emocje natury kulinarnej, jak właśnie ona. Z przyjemnością zatem odnalazłam w moich komputerowych zapiskach artykuł, który niegdyś drukowany był w piśmie „Kuchnia”. Przejrzałam go, poprawiłam i powstała Gazetka uzupełniająca tę poprzednią (mam nadzieję, że się zbytnio nie powtarzam)… więcej...
Przeglądam ostatnio różne teksty, jakie zdarzyło mi się w życiu napisać. Ten artykuł o papryce ukazał się kilka lat temu w piśmie "Kuchnia" - pomyślałam sobie, że nie wszyscy Czytelnicy Gazetki muszą koniecznie czytywać pisma kulinarne, a artykuł jest całkiem interesujący, więc czemu miałby się zmarnować? Jak zwykle bywa w takich sytuacjach, troszkę go przerobiłam zgodnie ze stylem i potrzebami Gazetki. Miłej lektury i uważajcie na kapsaicynę!!! więcej...
| « | Marzec 2010 | » | ||||
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |
| 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||